RSS
piątek, 20 stycznia 2012
Telefon... ale nie TEN!

Dzień 618

 

Telefon zadzwonił... Z ośrodka... Końcem zeszłego roku... Przed świętami... 

Ale mi się po tej rozmowie trzęsły ręce... Potem, po rozmowie, jak dotarło do mnie, że to mógł być właśnie TEN telefon.

Ale nie, to nie TEN telefon. Chodziło o podpisanie jakiegoś dokumentu bo coś się w prawie zmieniło.

Teraz numer ośrodka mam wpisany do pamięci telefonu, ale chyba go skasuję, bo jak będę wiedział z kim rozmawiam i w jakiej sprawie to nie wyksztuszę słowa... O ile oczywiście będę miał dość sił by go odebrać...

09:28, adoptowanytata
Link Komentarze (3) »
piątek, 13 maja 2011
Pierwszy rok czekania

Dzień 366

 

 Ale ten czas przeleciał. Już rok od kiedy mamy kwalifikację. Dużo? Mało?

13 maja zeszłego roku zostaliśmy zakwalifikowani na rodzinę zastępczą. 

Obiecano nam 3 nawet 4 lata czekania, znajome rodziny czekały krócej, ok 2 lat.

Nie chcę liczyć ile jeszcze muszę czekać. Nie chcę się tym zadręczać.

Przygotowania powoli trwają, mam już rodzinny pięciodrzwiowy samochód z większym bagażnikiem. Podczas wakacji zajmę się remontem pokojów dla dzieci, powoli rozglądamy się za meblami i inne takie tam przygotowania... także planowanie wakacji.

Czekać, ja potrafię, ale dla mojego przyszłego dziecka każdy dzień w złych warunkach to wielka strata trudna do odrobienia... Ten fakt mnie drażni...

Domy dziecka pełne dzieci, rodzice adopcyjni ustawieni w wieloletnich kolejkach... Gdzie jest to wąskie gardło, korek. Co w tym systemie nie działa? Ja stawiam na Prawo... Nawet nie sądy, bo prawnicy muszą respektować prawo, oczywiście mogą je interpretować na wiele sposobów, bardziej lub mniej życzliwie... ale Prawo powinno być jednoznaczne, nie dające się różnie interpretować.

Ja potrafię czekać... ale każdy dzień czekania jest wielką stratą dla mojego dziecka... 

08:47, adoptowanytata
Link Komentarze (1) »
czwartek, 16 grudnia 2010
Dużo kolorowych cukierków

Dzień 218

Leci czas, skończyło się lato, przeleciała jesień, spadł śnieg i trzyma mróz.

Czekam, ciągle czekam, staram nie zadręczać się "przewidywaniem" kiedy zadzwoni telefon z ośrodka adopcyjnego. Czy na następne wakacje pojedziemy we czwórkę? Czy  następne święta spędzimy już razem?

Będzie jak będzie, będzie tak jak Bóg zaplanował, On wie najlepiej.

Nie chcę zadawać sobie (ani Bogu) takich pytań, kiedy, kiedy, kiedy...

Czekam, cierpliwie czekam, na moje dziecko, na to właśnie jedyne, nasze, wyjątkowe, specjalnie dla nas.

Wiem, że jestem rodzicem "rezerwowym". Bardzo chcę mieć więcej dzieci, ale jeszcze bardziej chcę by każde dziecko miało kochających rodziców. Ja jestem w "rezerwie", tak na wszelki wypadek gdyby jakiemuś dziecku rodzice się "nie udali"...

Nie wiem czy już jest na świecie, czy jeszcze nie, ale czekam, nie chcę "przyśpieszać biegu spraw".

Żyję tym co mam teraz.

Za kilkanaście minut moje dziecko wróci ze szkoły i pojedziemy po choinkę. Ozdoby choinkowe już od kilku dni są produkowane, trzeba pamiętać o kolorowych cukierkach, dużo kolorowych cukierków i prezenty. One już mają, ja zostałem w tyle.

A... jeszcze słoninka dla sikorek, moja córka tak lubi zwierzęta, wszystkie, nawet pajączki (tylko nie te kosmate, te są brrr)

Nie chcę pisać o czekaniu, o tęsknocie, o niecierpliwości, o pomysłach na rozwiązanie tej sytuacji... dlatego taka długa przerwa od ostatniego wpisu.

Widzę że zaglądacie, mimo że nic się nie dzieje, to miłe, dziękuję za odwiedziny.

Pozdrawiam Was.

11:14, adoptowanytata
Link Komentarze (2) »
środa, 11 sierpnia 2010
Z zaskoczenia...

Dzień 91

Sytuacja taka była:

Na plaży koło nas bawi się grupka siedmiu dzieci, chłopcy i dziewczynki, pod opieką dwóch pań. Dzieci zwracały się do nich ciociu...

Nasze dziecko dołączyło do nich i bawiły się razem, a my z żonką przyglądaliśmy się tej zabawie. Przypuszczaliśmy, że są z rodziny zastępczej, lub rodzinnego domu dziecka. Później okazało się, że są z domu dziecka.

Po jakimś czasie zabawa przeniosła się na nasz koc... godzinę, dwie bawiliśmy się razem, przyglądaliśmy się im, rozmawialiśmy, obserwowaliśmy...

Podczas wieczornej rozmowy, już w rodzinnym gronie, okazało się, że naszą szczególną sympatię wzbudziło dwoje dzieci... Byliśmy zgodni żona, córka i ja... Miało by szansę "zaiskrzyć"...

To były 2 rodzeństwa, liczne rodzeństwa, więc niestety nie... ale doświadczenie ciekawe i jednoznacznie potwierdzające słuszność naszej decyzji o adopcji jak i o prawie identycznych "oczekiwaniach" względem dziecka. Okazało się też, że jesteśmy gotowi by otworzyć serce na nowego członka rodziny, tak nagle, na zawołanie... Ta sytuacja pokazała też, że jednak musi być odpowiednia (odpowiednio duża) różnica wieku między moją córką a adoptowanym dzieckiem.

Dowiedziałem się trochę o sobie, żonie, córce... Ciekawe doświadczenie, tak nieoczekiwane i cenne...

Zaczeliśmy się nieśmiało zastanawiać czy przypadkiem właśnie w taki nieoczekiwany dziwny, niestandardowy sposób poznamy nasze dziecko... Zdarzyło się raz, nic nie stoi na przeszkodzie by stało się jeszcze raz...

 

11:19, adoptowanytata
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 lipca 2010
Wakacje

Dzień 79

I po wakacjach. Jeszcze szum morza w uszach, powiew goracego powietrza na twarzy... ale to tylko  wspomnienia...

Piasek z plaży pod wycieraczkami w samochodze jeszcze nie raz skłoni do wspomnień.

Piękna ta nasza Polska, tak twierdziłem i nadal twierdzę. Zwiedzanie Kaszub potwierdziło moją opinię.

Pamiatki, setki zdjęć, dla mnie najcenniejsze są wspomnienia, a materialne dowody mojego tam pobytu są tylko po to by wspomóc pamięć. Dla mnie równie cenna jest ceramika Necla z Kaszub (garncarze od 11 pokoleń) jak i kamień z najbardziej na pólnoc wysuniętego kawałka Polski...

Kocham Polskę i tego chcę uczyć moje dzieci: Zachwycić się pięknym widokiem, otworzyć usta ze zdziwienia na widok drzewa tak wielkiego, że można by wydrążyć w jego pniu dziuplę i schować w nim samochód (prawie, ale z 2,5 m średnicy miało na pewno), Piekne i zadbane rezydencje, pałace i dworki. Poczuć nutkę smutku na widok tych opuszczonych i zaniedbanych, które jeśli się nimi nikt nie zajmie za kilkanaście lat będą kupą gruzów. Zadumać się nad historią Polski oglądając kilkusetletnie ruiny, tysiącletnie kurchany czy jakieś drobiazgi w muzealnych gablotach z 3-5 wieku przed naszą erą... My wtedy schyłek epoki brązu, a Grecy zachwycali się Iliadą, Odyseją, Antygoną...

Są w Polsce urocze zakątki, nieznane, nierozleklamowane... To dobrze i żle...

Dobrze, bo dalej będą uroczymi zakątkami a nie zatłoczonymi kurortami bez uroku...

Źle, bo zostaną znane tylko nielicznym, lub takim turystom jak ja, który zbaczają z głównych ścieżek...

Chcę uczyć moje dzieci szukania pięknych wrażeń, np wstać przed wschodem słońca (jak ptaki wtedy głośno śpiewają!), z zapartym tchem przyglądać się spektaklowi urządzonemu przez poranne mgły, które tworzą niezwykłe obrazy poruszane delikanym powiewem (wtedy trzeba hamować wyobraźnię), nagle w ciągu kilku minut znikają i w pierwszych promieniach wschodzącego słońca zmieniają się w skrzącą rosę, po której w porze śniadania nie ma już nawet śladu... Rewelacja!... Mówię wam!...

Sytuacje różne, śmieszne, dziwne... opiszę wam jedną... ale to następnym razem... może...

14:16, adoptowanytata
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 05 lipca 2010
bez tytułu

Dzień 54

Wiem, że mój blog nie należy do kategorii lekki łatwy i przyjemny, nie jest rozrywkowy. I nie ma taki być.

Gdy byłem na etapie podejmowania decyzji, zastanawiania się, szukałem jakiejkilwiek publikacji czy to papierowej czy elektronicznej która byłaby opisem tego co wtedy przeżywałem. Liczyłem, że lektura wspomnień kogoś kto już tę drogę przeszedł pozwoli mi w zmaganiach ze swoimi pytaniami. No niestety nie znalazłem, dlatego pomysł pisania tego blogu i szczególna koncentracja na okresie kiedy biłem się z myślami.

Pamiętam jak mnie było trudno pozbierać i uporządkować myśli, rozplątać zagmatwane dylematy, znaleźć coś pewnego na czym mógłbym stanąć i na tym budować.

Dostrzegam, że na ten okres już powoli osiada kurz zapomnienia.

To dobrze, bo nie był to miły okres mojego życia i dobrze, że zapominam swoją złość na siebie za to, że nie potrafiłem podjąć decyzji...

To żle, bo mam takie wrażenie, że o wielu ważnych rzeczach nie napisałem...

Zastanawiam się nad przyszłością tego blogu...  Może poskładam te wpisy w jeden artykuł i umieszczę na jakiejś stronie o adopcji?...

Rzadko dodaję nowe wpisy, bo też niewiele się dzieje w sprawie adopcji... czekam...

Nie czuję potrzeby pisania ckliwych wpisów o tym jak dłuży się czas oczekiwania. Przynajmniej na razie...

Nie chcę też pisać jak przebiega proces przygotowywania się na nowe dziecko (przynajmniej nie chcę pisać dużo)...

Zbliża się czas urlopu, już czuję pod stopami gorący piasek, słyszę szum morza, czuję na ustach słoną bryzę... Już tam będę, za kilka dni...

Tego roku jeszcze w trzyosobowym składzie, ale za rok... którz to wie...

Blog też pewnie pójdzie na urlop...

11:52, adoptowanytata
Link Komentarze (1) »
środa, 23 czerwca 2010
Garść odpowiedzi

Dzień 42

Tak prawiejakmama jednak liczę dni i z przerażeniem stwierdziłem że 3 lata to czterocyfrowa liczba dni. Z tego też  powodu 570gram razem jesteśmy na początku drogi. Rodziny które już mają dzieci spadają na koniec kolejki oczekujących.

Wątpliwości, dalej je mam, znacznie mniej ale są. Ale są też względem dziecka które już mam. Zastanawiam się czy dobrze je wychowuję, czy nie powinienem jej uczyć bardziej rozpychać się łokciami? Bardziej uodpornić na brutalność świata? Czy nie za bardzo chronię jej delikatność i wrażliwość?

Widzę że czasami moje wychowanie przynosi efekt inny niż chciałem i wtedy zaczynam w sobie doszukiwać się błędów... Wiem, że nie będzie dokładnie taka jak ja chcę, bo ma swoją osobowość, charakter itd. Pomimo moich wysiłków i starań nie zawsze wykształcę w niej te cechy które chcę. I wiem, że z każdym dniem będę miał co raz mniejszy wpływ na nią, bo ona jest co raz starsza, co raz więcej rozumie i co raz częściej ma własne zdanie. I wiem, że tak ma być. Uważam, że zbyt nachalne,(krępujące, ograniczające, apodyktyczne, surowe, ...) wychowywanie spowoduje stłamszenie osobowości i indywidualności (choć daleki jestem od "bezstresowego wychowywania"). Pogodziłem się z tym i nie stanowi to dla mnie problemu, choć czasami spoglądam w przeszłość i zastanawiam się czy mogłem coś zrobić inaczej, lepiej... i wtedy mam wątpliwości...

Wyczytałem gdzieś czy usłyszałem, nieważne zresztą, zdanie by nie mieć za dużo marzeń wobec dziecka. Nie zgadzam się z tym. Moim marzeniem jest by moje dzieci spełniały swoje marzenia, a ja chcę przy tym być. A moim, rodzica, zadaniem jest by "podsunąć" im mądre i wartościowe marzenia..., zainteresowania... Wybaczcie, przepraszam jesli kogoś urażę, ale nie chcę by moja córka miała takie hobby:

youtube.com/watch?v=fhe00HEIrXg

570gram wiem, że takie same wątpliwości będę miał wobec kolejnego dziecka, nie ważne czy biologicznego czy adoptowanego... Tacy są rodzice, martwią się o swoje dzieci i chcą dla nich jak najlepiej... I zadają sobie pytania czy dobrze robią...

Nie chcę się martwić o przyszłość (co nie znaczy, że się nie martwię), ale odsuwam od siebie te myśli, zwłaszcza mając przed oczami czterocyfrową liczbę dni oczekiwania. Nie chcę martwić się na zapas...

 

12:26, adoptowanytata
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 czerwca 2010
Wtedy a teraz

Dzień 33

Cisza i spokój, tak mógłbym okeślić ten czas.

Wtedy, gdy dopiero myślałem o adopcji w mojej głowie było tornado sprzecznych myśli. Jedna myśl goniła drugą, wykluczały się one, spierały ze sobą. Tak, nie, dlaczego, czy już. Pytałem siebie o przyczyny tej decyzji, sprawdzałem sam siebie czy moje intencje są prawidłowe, słuszne, czyste. Próbowałem przewidzieć przyszłość i tę optymistyczną, szczęśliwą, jak i tę w ciemniejszych barwach. To samo pytanie przerabiałem w myślach wielokrotnie by być pewnym prawidłowości wniosków do których doszedłem.

WĄTPLIWOŚCI tak podsumowałbym tamten okres w moim życiu.

Później czas szkolenia. Terminy spotkań, zadania i testy, długie dyskusje z żoną na temat tego co tam było mówione. Konfrontacja tego czego dowiedzieliśmy się ze stron internetowych i innych publikacji z tym co usłyszeliśmy na szkoleniach. Tu już wątpliwości było mniej, tu już wiedzieliśmy, że chcemy adoptować. Byliśmy otwarci na to co nam mówią, ale i krytyczni. Raczej w ośrodku nas nie przestraszyli, nie spowodowali, że zmieniliśmy zdanie, nie zasiali wątpliwości. Odniosłem wrażenie, że nie wszystko nam mówią, rzucali czasami hasła licząc, że sami poszukamy wiecej informacji. Albo wyczuli, że już co nieco wiemy (FAS, RAD) więc nie chcieli się powtarzać.

W porównaniu z tamtym czasem pełnym zamieszania, takiego intelektualnego zamieszania, gdzie myśli przepędzały sen z powiek, ten czas oczekiwania jest czasem spokoju, stabilizacji. Wiem, że chcę adoptować, wiem dlaczego i uznałem te przyczyny, pobódki za właściwe. Niezależni eksperci z Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego uznali że się nadajemy na rodzinę adopcyjną. Jest takie poczucie... hmm... Wykonania zadania... zakończenia pewnego etapu... hmmm... Gdyby to porównać do budowy domu to ściany już stoją, teraz następny etap - dach.

Na razie ten czas oczekiwania mi się nie dłuży, nie biegnę do telefonu na każdy jego dzwonek, nie mam takich myśli, że to właśnie ten telefon. Przygotowałem się na czekanie. Oczywiście mam nadzieję, że nie będę czekał tyle ile mi obiecano (3-4 lata).  Chciabym aby ten telefon mnie zaskoczył, o to już?

09:23, adoptowanytata
Link Komentarze (2) »
sobota, 29 maja 2010
Takie sobie pisanie...

Tak bez ładu i składu, ale od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie i nie mogę się opędzić od tych myśli i wspomnień.

"Dom nie do poznania"

Któraś tam edycja, kilka lat temu wtedy jeszcze nie myślałem o adopcji.

Ameryka, jakaś wioska, dojrzały mężczyzna, 45-50 lat ubrany jak kowboy, kapelusz, pas, strzelba nad kominkiem, z wypowiedzi i zachowania flegmatyk, niepozorna i cicha żona. Chylące się ku upadkowi małe rancho, kilka koni, inne zwierzęta. I kilku wyrostków, 8-9 chłopców w wieku 12-16 lat. Ci z kolei wygladają jak młodociani przestępcy. Już nie pamiętam czy wszyscy byli adoptowani, (zabrani do rodziny zastępczej, nie mam pojęcia jak to funkcjonuje w USA) Ekipa buduje im dom, większy dom by mógł przygarnąć następnych...

W rozmowie przed kamerą facet mówi, że przygarnia takie trudne dzieciaki, których nikt nie chce, które wyleciały już z kilku domów (więc coś na kształt rodziny zastepczej) Jego dom to miejsce ostatniej szansy, potem już tylko więzienie. Tylko w jednym przypadku musiał zrezygnować z wychowania, bo nie opanował temperamentu chłopca. I widać, że to ciągle siedzi w nim jakąś głęboką zadrą.

Chłopcy... w ciemnej uliczce nie chciałbym ich spotkać, jak gang znają prawo pięści i umieją je stosować.

Pytania prowadzącego czy kochają swojego przybranego ojca, nieśmiałe kiwnięcia głową, jakieś potwierdzające pomruki.

Czy bronilibyście waszego taty gdyby zaszła taka potrzeba?

Odpowiedż: "Było takich trzech co próbowali". "Niech dziękują tacie że uratował im życie bo nas powtrzymał". I widać, że na samo wspomnienie tej sytuacji palce same zwijają się w pięść, a z oczu sypią się iskry. Nie mam najmniejszych wątpliwości że zrobiliby bez chwili wahania to samo. Potem skruszeni mówią: Poniosło nas, ale oni zaatakowali tatę... Ale nam się potem od taty dostało... że nie tak się załatwia konflikty w tym domu.

Chciano ich okraść, ojciec szamotał się z napastnikami w drzwiach, chłopcy usłyszeli hałas i zareagowali szybko, sprawnie, skutecznie. Ojciec opowiadając o tym miał łzy w oczach ze wzruszenia, to był dowód miłości, największy jaki chłopcy potrafili pokazać, bo oni o uczuciach nie mówią, nie umieją mówić. Napastnicy byli uzbrojeni, dwóch synów zasłoniło ojca sobą, pozostali rozbroili napastników. Nawet nie wie kiedy synowie wcisneli mu do rąk naładowaną strzelbę i paczkę naboi mówiąc, że lepiej by on to trzymał... Załamał mu się głos gdy powiedział, że wystarczyło jedno jego slowo: "dość" i nie padł już żaden cios na napastników...

A może to nie tak było, tylko moja wyobrażnia dorobiła nieistniejące fakty?

Dzień 17

17:10, adoptowanytata
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 maja 2010
Jeszcze nie dotarło do mnie...

Dzień 12

Jeżeli jakimś przypadkiem jakieś dziecko urodzi się rodzicom którzy z jakiś przyczyn nie sprostają rodzicielstwu jestem w gotowości by przygarnąć takie dziecko i stworzyć mu dom i rodzinę.

Tak sobie tłumaczę czas oczekiwania na telefon. Nie chcę nasłuchiwać niecierpliwie na jego dzwonek. Ja jestem w rezerwie, jako zabezpieczenie, gdyby jakimś rodzicom i dziecku nie udało się stworzyć rodziny i domu to wtedy dopiero ja. Chciałbym by świat był idealny i by nie było potrzeby adopcji, ale wiem, że nie jest...

P.S.

Jeszcze nie do końca do mnie dotarło, że jestem na liście oczekujących, że czas szkoleń i weryfikacji już za nami. Planując najbliższą przyszłość i rzeczy, których muszę dopilnować w najbliższych dniach patrzę w kalendarz i szukam kiedy mam zaznaczoną nastepną wizytę w OAO. A tu nie ma, koniec szkoleń...

13:44, adoptowanytata
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5